Logowanie

ul. Tamka 1
00-349 Warszawa

Szanowne Koleżanki i Szanowni Koledzy z OHP

Pracuję w OHP już 44 lata. Zawsze byłem i jestem z OHP na dobre i na złe. Dużo się działo przez ten okres. Wszystkie wprowadzane przez ten okres zmiany, choć nie zawsze dobrze postrzegane w konsekwencji umacniały organizację, która wprawiała wielu w podziw. Determinacja, szczególnie kadry pracującej u podstaw, jak również wielu wyższych przełożonych w OHP powodowała stały postęp organizacyjny, budowanie autorytetu organizacji a osiągane efekty zawsze były widoczne i namacalne. Poprzez skuteczne efekty pracy, OHP zyskiwało popularność wśród młodzieży i ich rodziców oraz umacniały nas w środowiskach działania na terenie całego kraju. Również władze państwowe postrzegały OHP dobrze a obecność nasza w 4 ustawach dodawała i dodaje nam splendoru i trwałego umocowania się w aktualnie panujących realiach..

Jak nas poinformowano na  spotkaniu w KG OHP w nadchodzącym okresie planowana jest zmiana nazwy naszej organizacji OHP. Zapewniono, iż zasadniczych zmian w kierunkach działania nie będzie. Również pozostanie ten sam pracodawca i ci sami ludzie. Wiąże się to bowiem z rodzajem podpisywanych umów z pracownikami. Otrzymaliśmy zapewnienie, że na pewno będzie to tylko zmiana nazwy, która za sobą nie będzie niosła zmiany umów o pracę.

Choć zostanie to samo, to jednak inna nazwa i tym samym zostanie zamknięty etap prawie 60 lat pod szyldem OHP. Jako przewodniczący związków zawodowych OZZP OHP mam propozycję do Koleżanek i Kolegów z OHP abyśmy spróbowali ocalić od zapomnienia OHP i opisać: jakie w Waszym życiu OHP miało znaczenie?, jak w Waszej ocenie wpływało na młodzież z Waszego środowiska ?. i inne ważne wg Was spostrzeżenia na ten temat. Jeśli ktoś z Was uzna, iż inicjatywa jest do zaakceptowania to proszę o napisanie, opisanie Waszych przemyśleń i fotografii oraz przesłanie ich na adres e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Chciałbym przy pomocy Kolegów i Koleżanek stworzyć coś w rodzaju pamiątkowej kroniki i albumu, który pokaże historię OHP przez minionych prawie 6 dekad. Chciałbym zaproponować aby prace, które były pisane w ramach konkursu na 55-lecie OHP dołączyć  również do tych materiałów.

Jednocześnie chciałbym zaproponować Koleżankom i Kolegom moje wspomnienia, które napisałem w 1995 roku , Jest to moja historia opisana w okresie mojej wtedy blisko 25-letniej rocznicy pracy w OHP.

Zapraszam do udziału w przedsięwzięciu.

............................................................................................................................................

List do Przyjaciela cz. I

Uwierzyć w siebie...w OHP

Drogi Przyjacielu! Nie wiem, czy będę w stanie opisać to wszystko, co jest interesujące w moim dotychczasowym życiu zawodowym. Jednak zdecydowałem się zaspokoić Twoją ciekawość i w sposób zwięzły przedstawić pewne fragmenty, okresy i fakty z mojej pracy w Ochotniczych Hufcach Pracy, którą podjąłem w 1973 roku. Rozpocząłem ją w brzeskim hufcu pracy przy ul. Starobrzeskiej 67a. Hufiec pracował na rzecz Przedsiębiorstwa Budownictwa Rolniczego w Brzegu.

Motywacją do podjęcia pracy w OHP był fakt wcześniejszej pracy z młodzieżą w brzeskiej fabryce siewników. Pociągała mnie organizacja życia młodzieży w ramach wolnego czasu, sport, turystyka, działalność kulturalno-oświatowa. Bardzo dobrze czułem się w grach zespołowych, takich jak siatkówka, piłka ręczna i koszykówka. Jednak miłością moją były żagle. Należałem do klubu żeglarskiego „Fala" w Brzegu i w nim spędzałem swój wolny czas latem; zimą natomiast przy naprawie sprzętu.

W 1973 r. zaproponowano mi pracę na stanowisku komendanta OHP w Brzegu. Wcześniej znałem tę placówkę z opowiadań. Zainteresowałem się tą propozycją i nakłaniany przez kolegów, po głębokim namyśle, podjąłem pracę 2 listopada 1973 r.

W hotelu robotniczym przy ul. Warszawskiej (obecnie Starobrzeskiej) zamieszkiwało 17 junaków pochodzących z różnych stron kraju, m.in. z województwa warszawskiego, rzeszowskiego, kieleckiego, łódzkiego i olsztyńskiego. Po pierwszej odprawie komendantów hufców pracy w Komendzie Wojewódzkiej OHP w Opolu zorientowałem się, że na terenie województwa opolskiego działa 21 hufców stacjonarnych, z których najmniejszy jest właśnie brzeski.

Warunki, w jakich mieszkali junacy, były beznadziejne. Zadałem sobie wówczas pytanie – co ja tu robię!? Jak zabrać się do pracy, aby poprawić istniejący stan rzeczy, do kogo zwrócić się o pomoc? Tymczasem chętnych do pomocy nie było. Były natomiast dyrektywy płynące z KW OHP: zwiększyć stan hufca, poprawić warunki socjalne, zająć się organizacją kształcenia.

Rywalizacja między komendantami hufców była tak wielka, że nikt tajemnic i sposobów swojego działania nie ujawniał. Nie mogłem liczyć na pomoc komendanta drugiego, działającego w Brzegu przy ul. Chopina 13, hufca pracy. Dziś wiem, że bał się konkurencji.

To właśnie on był wcześniej komendantem hufca przy PBRol-u i zostawił go w opłakanym stanie. Musiałem zmobilizować się do pracy i rozpocząć wytężone zabiegi na rzecz poprawy warunków działania hufca.

Dopisało mi szczęście, ponieważ budowany właśnie budynek socjalny po negocjacjach z dyrektorem PBRol-u został przeznaczony dla junaków OHP. Stałem się nagle komendantem dużego i wspaniale wyposażonego hotelu, w którym wkrótce zamieszkało 80 junaków pochodzących z wcześniej wymienionych województw. Były tam 2- i 3-osobowe pokoje, przestrzenne korytarze, świetlica, ciemnia fotograficzna, sprzęt sportowy i muzyczny, czyli wszystko, co można było sobie wymarzyć w tamtych czasach.

Brakowało mi jednak wsparcia osób doświadczonych w pracy opiekuńczo-wychowawczej, czyli kadry fachowej. Pracowało nas bowiem tylko dwóch, co nie sprzyjało właściwemu planowaniu pracy wychowawczej i organizacyjnej.

Muszę tu wspomnieć mgr Franciszka Łobodzica, dzięki któremu posiadłem dużo wiedzy z zakresu pedagogiki specjalnej. On to bowiem przygotował mnie do merytorycznej pracy z młodzieżą w OHP. Sam ukończył podyplomowe studia z zakresu pedagogiki specjalnej w Warszawie. Był również praktykiem, ponieważ w przeszłości pracował z młodzieżą, jako nauczyciel, a następnie jako wychowawca w zakładzie wychowawczym i poprawczym. Problemy resocjalizacji młodzieży dzięki niemu stały mi się bliskie i do dzisiaj nimi się zajmuję.

80 junaków, którzy pozostawali w hotelu na niedzielę, wymagało, aby zorganizować im czas wolny. Tygodniowy plan zajęć był następujący: do południa zajęcia praktyczne (nazywane pracą), trzy razy w tygodniu zajęcia szkolne w Podstawowym Studium Zawodowym (uzupełnienie wykształcenia podstawowego). Zajęcia odbywały się w szkole podstawowej nr 3 przy ul. Kamiennej w Brzegu w godz. popołudniowych.

Jak wynikało z planu zajęć czasu wolnego było mało. W mojej ocenie układ planu był wspaniały, ponieważ zajęcia wypełniały młodzieży praktycznie cały dzień, co powodowało, że poziom dyscypliny, przy tak małym zatrudnieniu kadry, można było utrzymać na dobrym poziomie.

Godziny wieczorne i niedziele starałem się wypełnić różnymi imprezami o charakterze kulturalnym czy sportowym. Zaszczepiałem w moich wychowankach chęć rywalizacji sportowej. Przez organizację imprez sportowych, w których sam uczestniczyłem, zdobyłem sobie autorytet i zaufanie wychowanków, co spowodowało, że przestały występować problemy natury dyscyplinarnej a integracja pomiędzy mną a junakami przynosiły sukcesy wychowawcze.

Jeździłem z junakami na wycieczki, m.in. na żagle do Otmuchowa. Rozgrywaliśmy mecze piłki nożnej, pchaliśmy kulę, rzucaliśmy oszczepem, uprawialiśmy biegi przełajowe i strzelaliśmy z broni pneumatycznej oraz z kbks-u w ramach koła LOK.

Mieszkałem wówczas na terenie hotelu OHP, byłem kawalerem, stąd moje życie toczyło się nieustannie wśród młodzieży OHP. Tak stałem się ich wzorcem osobowym, niczym starszy kolega. Tak było do 1976 roku.

Podsumowując ten okres mojej pracy, doszedłem do wniosku, że mimo wielu kłopotów i trudności, na jakie natrafiałem w swojej pracy z młodzieżą, dominuje we mnie współczucie dla ich trudnego życia. Przecież oni przez cały czas byli czymś zajęci, uczyli się popołudniami, a do południa pracowali na budowach. Byli czasem tak zmęczeni, że zasypiali na lekcjach. Nie wychodzili na przerwę z klasy, tylko kładli głowy na pulpitach ławek i zamykali oczy. Ale nie protestowali, byli świadomi swoich obowiązków, bo wiedzieli, że tylko w taki sposób mogą nadrobić stracony czas. Dodać należy, że woleli jednak pracować niż uczyć się w szkole.

Jak już wcześniej wspomniałem, było dużo sytuacji nienormalnych w zachowaniach tych młodych ludzi. Modne były wówczas wśród młodzieży samouszkodzenia ciała, głównie przez tzw. „chlastanie się". Ilość sznytów na rękach dodawała splendoru. Kolejnym „wariactwem" było połykanie różnych twardych, metalowych przedmiotów. Sporadycznie ktoś wąchał klej, co powodowało zatrucia.

Problemem był również alkohol i prowokowane pod jego wpływem bijatyki pomiędzy grupami z różnych stron kraju. Największy wpływ na stosunki międzyludzkie starali się wywierać junacy z województwa łódzkiego i warszawskiego. To oni z reguły organizowali różnego rodzaju zadymy i skłócali junaków pochodzących z różnych województw. To oni właśnie przychodzili do hufca na zimę, a wczesną wiosną odchodzili szukając szczęścia w innych OHP, na przykład nad morzem. Z tych powodów modne wówczas było powiedzenie, że „z warszawiaka i łodziaka nigdy nie będzie junaka". Jednak byli w moim OHP i przy przyjęciu do hufca każdy otrzymywał szansę.

Chciałbym tu wspomnieć o zorganizowanym przez junaków z województwa łódzkiego i warszawskiego w 1974 roku strajku. 80 młodzieży nie wyszło do pracy pod pretekstem nie wypełniania przez dyrekcję PBRol-u zobowiązań dotyczących organizacji zaplecza socjalnego na budowie w miejscowości Nowy Świat. Rozpoczynano budowę porodówki dla świń.

Zorganizowano tę akcję zastraszając cały stan osobowy hufca. Po śniadaniu zasunięto zasłony na jadalni i nikt nie miał prawa wyjść ze stołówki po śniadaniu. Dziś może nie miałoby to aż tak sensacyjnego wydźwięku, lecz w latach 70-tych była to sprawa niezwykła, wręcz kuriozalna.

Do hufca zjechały się władze powiatowe, partyjne, przedstawiciele KW OHP, a nawet Służba Bezpieczeństwa (SB). Mimo to młodzież nie wyszła do pracy. Terror określonej grupy junaków był na tyle silny, że poddała mu się zdecydowana większość junaków. Po pięciu godzinach rozmów i składanych deklaracjach zostawiono mnie samego z grupą, abym ten problem rozwiązał i spowodował wyjście junaków. Trzy autokary stały przed hufcem i czekały na odjazd.

Znając prowodyrów całej akcji, od nich rozpocząłem rozmowy mające na celu wyjaśnienie wszystkich wątpliwości. Po uzyskaniu informacji od junaków, że wszystko wg nich zostało załatwione po ich myśli, wezwałem wszystkich do wyjścia z sali i zajęcia miejsc w autokarze w celu wyjazdu na budowę. Reakcja w dalszym ciągu była negatywna: nie pojadą. Podobnie reagowali kolejni, wzywani do mnie prowodyrzy strajku. W tym momencie podjąłem decyzję o natychmiastowym zwolnieniu kilku prowodyrów spośród junaków OHP i odesłaniu ich do działu kadr, w celu rozliczenia się z zakładem pracy.

Widząc to inni głęboko westchnęli i powolnym krokiem weszli do autobusu. Całe zamieszanie trwało około siedem godzin. Sam wyjazd na budowę w tym dniu miał charakter wycieczki, aby przekonać się o przełamaniu impasu i osiągniętego celu podczas przeprowadzanych przez przybyłych przedstawicieli rozmowach dotyczących spełnienia postulatów wysuwanych przez junaków.

Akcja zakończyła się wywiezieniem przez milicję zwolnionych junaków i umieszczeniem ich w pociągach odjeżdżających z Brzegu w kierunkach ich zamieszkania. Było to konieczne, ponieważ odgrażali się, że zdewastują budynek OHP. Nim odjechali, zdążyli jeszcze pobić dotkliwie kilku chłopaków z rzeszowskiego. Na nich to bowiem byli najbardziej „uczuleni" podczas pobytu w hufcu.

Z perspektywy czasu próbuję ocenić tamto wydarzenie i nie mam pewności, czy wówczas nie postąpiłem za bardzo rygorystycznie. Zadawałem sobie później wiele razy pytanie: a może oni mieli rację?, może nie powinienem tak postąpić. Bałem się również o siebie i konsekwencje całego zajścia.

Owszem, były trudności w rozmowach z dyrekcją PBRol-u na temat polepszenia warunków socjalnych na tej budowie. Ale właśnie wtedy, kiedy wybuchł strajk, praca na tej budowie miała być zawieszona ze względu na złą pogodę. Ale to już nie miało wpływu na akcję, która się przetoczyła przez hufiec.

Analizując szczegóły tamtej sprawy wiem, że jako ich przedstawiciel i człowiek dbający o ich interesy w tym momencie mogłem znaleźć inne wyjście z sytuacji. Jednak stwierdzam, że był to w konsekwencj wybryk chuligański, a problemy socjalne posłużyły tylko za pretekst. Szkoda tylko tych siedmiu chłopaków, z których czterech - nie do końca winnych - musiało wyjechać z Brzegu.

Można sobie postawić pytanie, czy nie można było wcześniej temu zapobiec, co zrobił komendant, czyli ja. Byłem młodym i niedoświadczonym człowiekiem, także zmęczonym tymi 80-cioma junakami, z którymi przebywałem sam przez cały czas. Wiedziałem, że coś się szykuje. Cisza, jaka panowała ostatniej przed opisywanym wydarzeniem nocy, zastanawiała mnie mocno. Nie spałem całą noc. Zwołałem Radę Hufca i też nic nie wypłynęło. Myślę, że oni też do końca nie wiedzieli, co się stanie dnia następnego, nie mieli na tyle wyobraźni, aby przewidzieć skutki swojego postępowania.

Jak w każdej pracy, bywają dni wesołe i smutne. Adaptacja do warunków tej pracy nastąpiła u mnie dość szybko. Czułem, że to co robię, ma sens, a ja jestem komuś potrzebny. Los młodzieży nie był i nie jest do dziś mi obojętny. Pisząc te wspomnienia, analizuję fakty, które utkwiły mi w pamięci. Wyżej opisany incydent i jeszcze kilka innych o charakterze sensacyjnym nie mogą rzutować na pełen obraz mojej pracy. Zapamiętałem je, bo tkwią w mojej pamięci głęboko.

List do Przyjaciela cz. II

Uwierzyć w siebie... w OHP

Do dziś, po dwudziestu paru latach, pamiętam nawet szczegóły tamtych wydarzeń. Oceniam minione lata pracy i tamtą młodzież pozytywnie. Faktem jest, że nie zawsze byli grzeczni, kulturalni i w ogóle tacy, jakimi chcielibyśmy ich widzieć, ale to nie znaczy, że byli z gruntu źli.

Często osądzaliśmy ich - robimy to nadal dzisiaj - i krytycznie odnosiliśmy się do zachowań młodzieży. My, starsi, popełniamy w ocenie młodzieży także błędy. Możemy mówić o sukcesie wychowawczym dopiero wtedy, kiedy zrozumiemy młodzież, a dopiero potem spróbujemy pomagać w jej problemach.

Spróbujmy zdobyć jej zaufanie, a wtedy staniemy się dla niej wzorcami osobowymi. Dopiero wówczas możemy młodzieży imponować wiedzą, obyciem, kulturą, aktywnością fizyczną i tym wszystkim, co jako nauczyciele i wychowawcy możemy jej przekazać. W takiej kolejności, pracując z młodymi ludźmi, możemy mówić o efektach i pozytywnych skutkach naszych działań.

Starałem się tak ułożyć współpracę z młodzieżą, aby również samemu odczuwać radość życia, mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku, satysfakcji ze zmiany stylu życia młodzieży przez kulturalne spędzanie wolnego czasu. Nie chciałem, aby żyli tylko pracą i nauką. Tych dni spędzonych wspólnie z młodzieżą były tysiące. Można by długo o nich opowiadać. Są one w mojej pamięci i przyczyniają się do mojego dobrego samopoczucia.

Chciałbym w moich wspomnieniach ustosunkować się do podstawowego zajęcia junaków OHP, czyli do uzupełniania wykształcenia i pracy. Wiadomo jest, że w tamtych czasach w Polsce ciągle brakowało rąk do pracy. Stąd uzupełnieniem tej luki byli junacy szczególnie z województw typowo rolniczych.

Przedsiębiorstwo Budownictwa Rolniczego w Brzegu w latach siedemdziesiątych prowadziło wiele budów, szczególnie w PGR-ach, które traktowane były priorytetowo. Polska wieś otrzymywała olbrzymie dotacje państwowe.

Junacy OHP pracowali na wielu ważnych budowach. Na Opolszczyźnie budowano cementownię „Rozmierka", rozbudowywano kędzierzyńskie „Azoty", budowano całą infrastrukturę na wsi.

PBRol w Brzegu, oprócz pewnej ilości budów w mieście, prowadziło budowę przetwórni pasz w Karłowicach. Była to budowa priorytetowa i eksperymentowano na niej budowę silosów tzw. metodą ślizgową. Wymagało to ciągłej pracy na trzy zmiany.

W moim OHP było kilkunastu chłopców, którzy ukończyli 18. rok życia i przepisy BHP nie ograniczały im już dostępu do różnych, wcześniej zabronionych prac. Zorganizowaliśmy wraz z ówczesnym dyrektorem PBRol., Szczuką, dwie brygady składające się z samych dorosłych junaków. Praca wymagała nie lada zwinności, tym bardziej że prowadzono prace na wysokości. Junacy swoją pracę wykonali po mistrzowsku.

Szalunek przez całą dobę posuwał się ciągle ku górze, a oni dniem i nocą wznosili ku górze okrągłe mury silosów. Jednocześnie budowano dwa – trzy silosy. Przez trzy tygodnie byłem razem z nimi. Towarzyszył mi często sam dyrektor Szczuka lub jego zastępca. Po zakończeniu tego eksperymentu zakład został wyróżniony, a junacy docenieni.

Pracownicy zakładu bardziej przychylnie spoglądali na młodzież ohapowską. Były nawet takie momenty, że osobiście zgłaszali się do mnie, wyrażając ochotę na naukę tych młodych ludzi, co wcześniej stanowiło pewien problem.

Dziś spoglądam na niektórych junaków z tamtych lat, którzy pracują w tym samym zakładzie. Uśmiechają się do mnie i często ze sobą rozmawiamy. Jest nawet kilku, którzy są instruktorami obecnych uczestników OHP.

Zawsze jednak, kiedy coś niewłaściwego dzieje się wokół obecnych uczestników hufca, pytają mnie: „Myśmy byli lepsi, panie komendancie, prawda?". Mam dylemat, co im odpowiedzieć. Często odpowiadam twierdząco, ale z miną, która winna dać im nieco do myślenia. Z pewnością byli podobni. Na pewno jednak byli bardziej zahartowani, ambitni, silniejsi fizycznie, lubiani przez pracowników zakładu.

Dla młodzieży z tamtych lat praca była przyjemnością samą w sobie. Oni ją kochali i wyżywali się w niej. Gorzej było ze szkołą. Zajęcia szkolne były dla nich gehenną. Często mówili: „Panie komendancie, cudownie jest w OHP, żeby tylko nie trzeba było chodzić do szkoły".

Kończyli jednak szkołę i szli w świat lub zostawali w zakładzie, mieszkając na prywatnych kwaterach lub w hotelu zakładowym. Doskonalili się w zawodzie i osiągali dobre wyniki. Nie chcieli wracać do środowiska, z którego przybyli. Silnie zaadaptowani w nowym środowisku chcieli w nim zostać, choć nie zawsze to było możliwe. Część odchodziła do wojska, a innych zmuszały do tego warunki rodzinne.

W późniejszym okresie, gdy przyłączono OHP w Ziemiełowicach (koło Namysłowa) do PBRol. Brzeg, junacy, którzy ukończyli 17 lat, za zgodą rodziców mogli ochotniczo odbywać u nas służbę zastępczą w oddziałach samoobrony cywilnej. Muszę tu dodać, że w Ziemiełowicach działał hufiec dla młodzieży dorosłej, gdzie zaliczano służbę wojskową w ramach OC. Zajęcia wojskowe odbywały się raz w miesiącu, w sobotę i niedzielę. Służba w tych formacjach trwała półtora roku, po czym junacy byli przenoszeni do rezerwy.

Kierowałem zawsze hufcem pracy dla młodocianych. Były jednak takie okresy, że w brzeskim hufcu byli również pełnoletni, młodzi ludzie, którzy bądź przez kontynuację nauki osiągali pełnoletniość, bądź byli to tzw. stażyści.

Okres wiosenno-letni charakteryzował się zawsze wzmożonym nawałem prac budowlanych, przy tym nabierały rumieńców inne dziedziny pracy wychowawczej, m.in. sport i turystyka. Chciałbym tu opisać pewną wycieczkę z przygodami, która odbyła się w 1976 roku.

PBRol. kupił autobus „San", który wcześniej kursował na regularnych liniach PKS-u, a który miał służyć do przewozu pracowników zakładu i junaków na odległe budowy.

Pojechaliśmy nim do Jaszowca na wycieczkę trzydniową w Beskidy. Kierowca dokonał przeglądu autobusu, umyliśmy go i przygotowaliśmy do wyjazdu. Wycieczka była cudowna. Rajdy piesze po górach, przez dwa dni zwiedzania Jaszowca, wejście na Czantorię. Trzeciego dnia, przez szczyty górskie, wyruszyliśmy naszym autobusem do Szczyrku. Mieliśmy zobaczyć skocznię narciarską, u stóp krokwi rozpalić ognisko i upiec kiełbaski.

Zjeżdżając z góry do Szczyrku mieliśmy pecha – awaria autobusu. Jak się okazało, pękł wał korbowy. Koniec z dalszą jazdą, a na dodatek skończyły się pieniądze, bo był to przecież ostatni dzień wycieczki. Wieczorem mieliśmy być już w Brzegu, a tu stop. Zadałem sobie pytanie: co dalej?

Na przejazd środkami komunikacji publicznej nie było pieniędzy. Pierwsze działanie to telefon do Brzegu, aby przysłano po nas drugi autobus. Jest nas przecież prawie 40 osób. Odpowiedź dyspozytora PBRol. była następująca: „Nie ma takiej możliwości. Załatwiajcie autobus w PKS, MPK lub jakikolwiek inny, my pokryjemy koszty przejazdu".

Kamień spadł mi z serca, bo to było najprostsze wyjście. Chłopcy rozpalili ognisko i piekli kiełbaski, a ja z poczty w Szczyrku rozpocząłem poszukiwania autobusu. Wpadłem w prawdziwą rozpacz, gdy wszystkie firmy, do których się zwróciłem z prośbą, odmówiły mi autobusu, motywując odmowę brakiem wolnego środka komunikacji. Pod wieczór zebraliśmy wszystkie pieniądze, jakie nam pozostały. Wystarczyło zaledwie na zakup biletów na PKS do Bielska-Białej.

W Bielsku poszedłem do kasy biletowej PKP, chcąc wykupić bilet kredytowy na przejazd do Brzegu. W kasie odpowiedziano mi, że takich biletów nie sprzedaje się, gdyż kasa biletów kredytowych znajduje się w Katowicach i tam taki bilet otrzymam.

Ręce mi opadły, gdyż nic nigdzie nie mogłem załatwić. Telefon KW PZPR w Bielsku-Białej, gdzie chciałem uzyskać pomoc pracownika tam dyżurującego, nie odpowiadał. Była niedziela, godzina 21. Pomyślałem, że trzeba poszukać innego sposobu.

Zbliżała się godzina odjazdu pociągu do Katowic. Poszedłem do kierownika pociągu i opowiedziałem mu całą historię. Zgodził się wziąć nas do wagonu pocztowego. Oczywiście obiecałem mu drobne wynagrodzenie za tę usługę. Właściwie dopiero wtedy podjął pomyślną dla nas decyzję, kiedy powiedziałem mu, że się zrewanżuję.

Marian Nowakowski

List do Przyjaciela cz. III

Uwierzyć w siebie...w OHP

Podróż trwała około dwóch godzin. „Jest już lepiej", pomyślałem, wysiadając na dworcu w Katowicach. „Pójdę do kasy po bilet kredytowy i jedziemy dalej". Podchodzę do kasy i przedstawiam sprawę. Kasjer w kasie szeroko otworzył oczy i podniesionym głosem powiedział: „Panie, co Pan, jaki bilet kredytowy!". Proszę go i błagam, ale nic nie pomaga. Biletów kredytowych kasa w Katowicach nie sprzedaje.

Sprawa na nowo się skomplikowała, co gorsza, nie wiedziałem, jak z niej wybrnąć. Jest godzina 24-ta. Chłopacy głodni, zmarznięci, poukładali się na ławkach w hali głównej dworca. Dodam, że był to wieczór „andrzejkowy", a po dworcu kręciło się kilkunastu panów pod wpływem alkoholu. Bałem się o moich podopiecznych. Była też z nami moja narzeczona, która opiekowała się młodzieżą, gdy załatwiałem sprawy wyjazdu w kolejnych kasach biletowych.

Zgłosiłem problem w komisariacie kolejowym MO. Funkcjonariusze mieli baczenie na moich chłopców. Na szczęście do incydentów nie doszło. Większość chłopców spała na parapetach i ławkach dworca. Byli już bardzo zmęczeni. Kilku starszych chłopaków radziło sobie w ten sposób, że prowadzili rozmowy z panami na lekkim rauszu. „Wciągali" ich do baru, a ci fundowali im oranżadę, kanapki, ciastka.

Do godziny 3.00 chodziłem po dworcu i „odprawiałem" pociągi. Po godz. 4.00 rano pojechałem tramwajem do MPK w Katowicach, aby załatwić autobus. O godz. 5.00 przybył dyspozytor i oznajmił, że nie ma rezerwy autobusowej i nie może mi pomóc. Jedyne, co może zrobić, to wykonać kilka telefonów i zapytać w PKS-ie, czy w innych zakładach pracy. Oczywiście wszyscy odpowiadali negatywnie.

Po raz kolejny zadaję sobie pytanie: „Co dalej?". Po chwili wpadłem na pomysł i poprosiłem o udostępnienie telefonu. Była godzina 7.15. W książce telefonicznej odnalazłem numer telefonu Zjednoczenia P.B.Rol. w Katowicach. Pomyślałem, że firma pokrewna, więc może pomogą. O całym zdarzeniu opowiedziałem zastępcy dyrektora przedsiębiorstwa.

Od razu zrozumiał powagę całej sytuacji. Otrzymałem wreszcie pomoc. Szkoda, że nie pamiętam dzisiaj nazwisk tych ludzi. Wizyta w zjednoczeniu to poczęstunek ciepłym śniadaniem, toaleta i co najważniejsze: zaliczka na podróż w wysokości 2.500 zł.

Przed południem wyjechaliśmy do Brzegu, gdzie byliśmy po godz. 16.00 Czekały na nas nasze kucharki z ciepłym posiłkiem. A ów nieszczęsny autobus, który na trzeci dzień przyholowano, nazwany został przez nas „Nerwosanem".

Podobnych przypadków miałem jeszcze kilka, m.in. w okolicach Zdzieszowic, podczas powrotu z meczu piłki nożnej w ramach Ligi OHP (wtedy miałem pieniądze na pociąg) oraz w okolicach Kudowy-Zdroju, podczas wycieczki na Szczeliniec Wielki.

Opisywane wyżej zdarzenia, kiedy musieliśmy radzić sobie sami, gniewały nas i obiecywaliśmy sobie, że już nigdy więcej. Po pewnym jednak czasie mile je wspominano, traktując jako przygody i sprawdzian własnej zaradności.

Wracam do nich w swych wspomnieniach, bowiem dają one obraz naszej pracy i chwil wspólnie spędzonych z junakami. Takie i podobne wydarzenia wspólnie nas integrowały. Tworzyły się kolektywy, kółka wspólnych zainteresowań, a także przyjaźnie i braterstwo.

Dziś, kiedy spotykam byłego junaka, uczestnika tych wycieczek, to w rozmowach często pytają: „Jedziemy do Jaszowca Nerwosanem?". Nerwosan jeździł jeszcze kilka lat i woził pracowników. Na wycieczki wożono nas jednak już autokarem marki „Jelcz". Zwany „Ogórkiem"

W tamtych czasach w OHP noszono umundurowanie organizacyjne. Kadra etatowa nosiła mundury na wzór wojskowych mundurów oficerskich. Natomiast uczestnicy hufców pracy nosili mundury podobne do żołnierskich wyjściowych. Jak wiadomo, kolor tych mundurów był niebieski.

Regulamin w OHP także opracowano na wzór regulaminów wojskowych. Wprawdzie nie składano przysięgi, ale odbywało się ślubowanie, które było doniosłym i ceremonialnym aktem dla każdego hufca i w życiu każdego junaka OHP.

Ceremoniał był zazwyczaj stosowany podczas wszelkiego rodzaju wystąpień oficjalnych stanu osobowego hufca pracy, tak w ramach hufca, jak i podczas wystąpień na szerszym forum. Reprezentacyjną formą demonstrowania jedności i zwartości hufca były apele, uroczyście obchodzone święta państwowe, ślubowania junaków i inne uroczystości. Każda taka impreza kończyła się defiladą przed trybuną honorową, którą odbierali zaproszeni, ważni goście.

Apele przeprowadzane przy różnych okazjach, jak i inne obchodzone wówczas święta, miały charakter tradycyjny i wyróżniały się dodatkiem musztry wojskowej, towarzystwem orkiestry wojskowej, rodziców, czy znajomych naszych junaków.

Natomiast ślubowania junaków odbywały się raz w roku, najczęściej 9 maja, w dniu zwycięstwa nad faszyzmem. Miejscem ślubowania był najczęściej Pl. Armii Czerwonej w Opolu (dziś Pl. Kopernika). Na placu ustawiano hufce czwórkami i zgodnie z ceremoniałem OHP, wzorowanym na wojskowym, przeprowadzano ślubowanie junaków I rocznika.

Uroczystości tej towarzyszyła wojskowa kompania honorowa, sztandar KW OHP, orkiestra wojskowa, trybuna honorowa i cała symbolika przynależna świętom państwowym. Następowały przemówienia wysokich przedstawicieli władz wojewódzkich, Komendy Głównej i Wojewódzkiej OHP. Wreszcie padały komendy głównodowodzącego uroczystością: „Sztandar wystąp! Uczestnicy wyróżnieni ślubowaniem na sztandar – wystąp! Do ślubowania!" itp.

Tekst ślubowania czytał komendant wojewódzki OHP, za którym wszyscy junacy powtarzali, trzymając berety na lewej dłoni orzełkami do przodu. Następnie były kolejne komendy: „Po ślubowaniu! Junacy wyróżnieni ślubowaniem na sztandar – wstąp!" Po powrocie pocztu sztandarowego do szyku, było jeszcze kilka słów nawiązujących do znaczenia słów roty ślubowania. Następna była komenda: „Do defilady! Kierunek w prawo maszerować!".

Wszyscy na komendę swoich dowódców pododdziałów, czyli najczęściej komendantów hufców, ustawiali się do defilady i w rytm muzyki wojskowej orkiestry dętej ruszali krokiem defiladowym przed trybunę honorową. Przy komendzie „Na prawo patrz!" silnym przybiciem akcentowali swoje przejście.

Ładnie to wszystko wyglądało. Pełna gala: niebieskie mundury, kadra w białych rękawiczkach, a junacy przejęci, aż bladzi ze wzruszenia i zdenerwowania. Na chodnikach stoją przecież ich rodzice, znajomi, koleżanki i koledzy. Każdy stara się nie pomylić kroku i wypaść dobrze przed trybuną. Maszerujemy dalej, aż do pomnika „Hildy" i tam składamy kwiaty. Dodać należy, że w niektórych latach ceremonie ślubowania odbywały się w rejonach zakwaterowania hufców lub w innych miastach, np. w Nysie czy na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu .

Hufce spoza Opola przyjeżdżały na ceremonię ślubowania zwykle autobusami zakładowymi, którymi w miarę możliwości zabierano również rodziców i gości junaków. Po powrocie ze ślubowania w miejscu zakwaterowania hufca odbywał się uroczysty apel połączony z wręczeniem nagród i listów pochwalnych dla rodziców, a następnie był obiad dla junaków, rodziców i ich gości.

W tym uroczystym dniu wielu junaków było awansowanych na starszego junaka, dowódcę drużyny, pomocnika komendanta plutonu, wręczano także okolicznościowe odznaki OHP, LOK, sprawności obronnej i inne. Wieczorem natomiast odbywała się dyskoteka połączona z różnymi konkursami.

Był to z pewnością dzień radości i zabawy, ale zarazem napięcia psychicznego i niepokoju. Wówczas silnie identyfikowano się z OHP, a wspólnota celów sprzyjała integracji kolektywu. Z zachowań rodziców, znajomych i wreszcie samych junaków można było „odczytać" radość, pewność siebie, dumę i poczucie własnej wartości. Mam tu na myśli szczególnie chłopców 16-letnich.

Długo taki dzień był wspominany w rozmowach i opowiadaniach. Ciągle wracano do epizodów i różnych szczegółów ceremonii ślubowania. Dowodem na to, jak głęboko przeżywano ten dzień, był fakt, że ze wzruszenia co roku kilkunastu junaków mdlało podczas uroczystości.

List do Przyjaciela cz. IV

Uwierzyć w siebie...w OHP

Fakt ślubowania oraz towarzyszące uroczystości był finałem wytężonych, wcześniejszych przygotowań, trwających bez mała pół roku.

Pierwszym etapem przygotowań było nauczenie junaków chodzić w szyku, czyli musztra. Tego elementu mojej pracy nie zapomnę do końca życia. Trudności związane z chodzeniem w szyku okazały się trudniejsze niż pierwsze kroki niemowlęcia. Dziesiątki godzin nauki równego chodzenia, organizacja zbiórki, odliczanie, tworzenie dwuszeregu, czwórek i o zgrozo krok defiladowy. Z wszystkim trzeba było sobie poradzić.

Inny element przygotowań do ślubowania, to dopasowanie umundurowania. Wymagało to zdolności nie lada, przy tak zróżnicowanych sylwetkach chłopców.

No i wreszcie regulaminowa długość włosów, co wielu doprowadzało wręcz do rozpaczy. Bywało, że niektórzy uciekali z hufca, gdy przyszło im skracać włosy. Przekonanie o potrzebie obcięcia włosów wymagało specjalnego oddziaływania. Dawaliśmy sobie jakoś z tym radę. W tłumie pewne rzeczy można było ukryć tak, że nikt pewnych niedociągnięć nie zauważył, nawet przełożeni, którzy byli bardzo wymagający.

Przed każdym ślubowaniem odbywały się próby generalne z udziałem przedstawicieli KW OHP, którzy oceniali stan przygotowań do ślubowania i w miarę potrzeb dokonywali korekt i uzupełnień.

Moją skromną osobę wykorzystywano kilkakrotnie do pocztu sztandarowego, co wymagało również odpowiednich ćwiczeń, aby dobrze wypaść przed trybuną honorową.

Byłem kilka razy dowódcą kompanii honorowej, a także dowódcą parady podczas ślubowania, które odbywało się w Brzegu w 1989 r. Było to ostatnie ślubowanie junaków OHP, bowiem w następnych latach odstąpiono od organizowania tej i wielu innych, przewidzianych ceremoniałem OHP, uroczystości.

Ślubowanie w Brzegu odbywało się na dziedzińcu Zamku Piastów Śląskich z udziałem władz miejskich i ludności miasta. Uroczystość znalazła swój finał w amfiteatrze miejskim, gdzie odbywały się występy ohapowskich zespołów.

Rola, jaka została mi przypisana i mój udział w przygotowaniach do uroczystości, wymagałyby osobnego opisu. Zdarzenia, które miały miejsce w trakcie przygotowań i podczas samej uroczystości ślubowania stały się z czasem „hitami" i do tej pory jeszcze się je wspomina.

Pewnego razu zostałem wyznaczony na dowódcę kompanii honorowej, która miała towarzyszyć ślubującym. Na ślubowanie musiałem dojechać do Opola pociągiem. W tym czasie moja córka Patrycja była małą dziewczynką. Chciałem, aby zobaczyła, jak tato maszeruje. Dlatego zaplanowałem wyjazd o godz. 7.50. Była to pora odpowiednia, aby zdążyć na ślubowanie.

Tymczasem zapowiedziano najpierw opóźnienie pociągu o 30 minut. Nie jest tak źle, pomyślałem. Za chwilę opóźnienie pociągu wzrosło do 1 godziny. Już wiem, że nie zdążę na czas. Jako dowódca kompanii honorowej (którą wystawiał OC z Kędzierzyna-Koźla) powinienem być nieco wcześniej na miejscu i przećwiczyć z nimi komendy. Miałem także wykonać z nimi pewien manewr przy wymarszu po sztandar. Wykonanie tego zadania było trudne, bo nie ćwiczyliśmy go w miejscu odbioru sztandaru, a odbywać się to miało na oczach publiczności, naszych wyższych przełożonych oraz zaproszonych gości.

Czas biegnie, pociągu nie ma. W tym czasie paliwo było na kartki, co niezmiernie komplikowało mi sytuację. Na dodatek, w czasie moich poszukiwań innej możliwości dojazdu do Opola, uciekł mi opóźniony pociąg. Do rozpoczęcia ślubowania zostało jeszcze około 35 minut, a ja jestem w dalszym ciągu w Brzegu.

Jedyna nadzieja w taksówce, ale przecież nie mam tylu pieniędzy. Koszt przejazdu taksówką do Opola, to połowa moich miesięcznych poborów.

Dogadałem się z taksówkarzem, zostawiając mu swój dowód osobisty. Gdy dojeżdżałem do Opola, na skrzyżowaniu ul. Wrocławskiej i Niemodlińskiej usłyszałem bęben orkiestry. Jestem ugotowany, pomyślałem. Dojazd do pl. Armii Czerwonej był zamknięty przez milicję. Ponieważ byłem w galowym mundurze, uwierzono mi, że biorę udział w uroczystości i przepuszczono.

Naturalnie, impreza już się zaczęła i moja kompania honorowa wyszła po sztandar. Zastąpił mnie kolega z Kędzierzyna-Koźla, Zdzichu, który był obecny na próbie generalnej i znał wszystkie niezbędne komendy. W tym momencie uratował mi życie.

Dalszą część parady poprowadziłem osobiście, byłem jednak o pół miesiąca do tyłu z finansami. Nie będę już opisywał, co spotkało mnie ze strony przełożonych. Było trochę hałasu, ale po pewnym czasie wybaczyli mi, a nawet współczuli.

To, co utkwiło mi w pamięci szczególnie i co uznałem za godne streszczenia, opisałem w miarę krótko.

Epizody, które wybrałem, aby podzielić się z Tobą mój przyjacielu, są świadectwem na to, jaką wartością jest praca z młodymi ludźmi o pogmatwanych losach, pokręconym życiorysie, zaniedbanych kulturalnie i intelektualnie. Mało jednak dotychczas pisałem o ich psychice i indywidualnych zachowaniach. Więcej o organizacji pracy wychowawczej skierowanej do junaków jako określonej grupy.

Pisałem o zabezpieczeniu im pracy, nauki, czasu wolnego. O związanych z tym radościach, smutkach i przygodach. Analizując minione chwile, dokonywałem nieustannie selekcji: co napisać szerzej, co odrzucić? Muszę przyznać, że nie zdawałem sobie sprawy z bogactwa materiału, a przecież wszystkie te wydarzenia są następstwem codziennej i żmudnej pracy wychowawczej i organizacyjnej.

Mam, niejako przy okazji, satysfakcję z poczucia spełnionego obowiązku, dokonania samorealizacji. Nieodzowne będzie tutaj dodać, że od młodych lat wychowywałem się praktycznie sam. Czerpiąc wzorce od starszych kolegów (los tak chciał – byłem z dala od rodziców), ukształtowany przez sport, stałem się człowiekiem, który uważa, że odniósł życiowy sukces.

Kształtując od wczesnej młodości innych młodych, realizowałem swoje marzenia i sposób na życie, a sukces młodych był moim sukcesem. Wiele się w tym czasie nauczyłem, doświadczyłem i jest to mój życiowy kapitał.

Opisywane wcześniej zdarzenia miały miejsce w latach 1973-78. Po roku 1978 podjąłem pracę w hufcu pracy przy ul. Chopina w Brzegu. Jako komendant pracowałem w nim do 1981 roku. Hufiec pracował na rzecz Przedsiębiorstwa Remontowo-Budowlanego Gospodarki Komunalnej.

Placówka usytuowana była w centrum miasta. Miało to swoje zalety i wady. Bliskość Rynku powodowała, że odwiedzali nas często niepożądani goście. Bywało, że w stanie nietrzeźwym. Należało strzec młodzież przed chuliganami z miasta. Uczestnicy OHP (już nie junacy), często byli prowokowani przez „element" środowiskowy, co często było przyczyną kłopotów i konfliktów.

Organizacja życia hufcowego miała podobny charakter do opisywanych wcześniej fragmentów. Zawsze wszystkim moim wychowankom przekazywałem całe moje doświadczenie, a oni z tego korzystali, biorąc mnie jako wzór do naśladowania.

Może brzmi to zbyt dumnie czy egoistycznie, ale był i jest to sposób na wdrożenie pewnych elementów zachowań przez jednostkę czy grupę i przyjęcie ich jako swoje. Potem można już wykrzesać z nich wszystko, co niezbędne, aby ukierunkować charakter pracy wychowawczej i postępowanie młodzieży we właściwym kierunku.

Marian Nowakowski

List do Przyjaciela cz. V

Uwierzyć w siebie...w OHP

W 1979 r. do pracy w hufcu zgłosił się, pracujący zresztą ze mną do dziś, Marek Ściślak. Jako duet nie do zdarcia, po różnych ohapowskich przejściach, dawaliśmy i dajemy sobie radę ze wszystkim i z wszystkimi, co staje na drodze pomyślnego i efektywnego działania hufca pracy. Marek doskonale uzupełniał moje działania.

Chciałbym wspomnieć go w swoich zapiskach i w ten sposób wyróżnić i podziękować mu za wspólne, bywało, że ciężkie, lata pracy w OHP. Przez lata wspólnej pracy w OHP nie było między nami konfliktów i zadrażnień. Zawsze celem naszym było dobro młodzieży – naszych wychowanków.

Jak wcześniej wspomniałem, usytuowanie hufca przy ul. Chopina sprawiało nam wiele problemów. Zdarzały się m.in. wejścia po kratach w nocy do sal uczestników przybyszów z miasta, spędzanie ich z łóżek, aby ułożyć się w nich z partnerką. Towarzyszył temu alkohol, co utrudniało spokojne rozwiązanie problemu.

Pamiętam również osobnika, który wtargnął na teren internatu z siekierą, grożąc zabiciem kogokolwiek. Dlatego musieliśmy podjąć środki zaradcze, zabezpieczając stosownie obiekt. Zamurowaliśmy drzwi od ulicy, okna zostały okratowane. Wejście do budynku usytuowano z drugiej strony ulicy. Życie nie szczędziło nam także innych problemów.

Trwale w mojej pamięci zapisał się wypadek na stanowisku pracy. Uczestnicy podczas praktyki kleili płytki PCV butaprenem. Czynność tę wykonywali pod nadzorem instruktora. Pracowali w pomieszczeniu o małej kubaturze, w którym było duże stężenie oparów kleju. Nie wiem do dzisiaj, kto zezwolił uczniom na pracę w takich warunkach.

Ktoś z pracujących zapalił papierosa, co spowodowało potężny wybuch. Wskutek wybuchu oparów kleju zginął na miejscu uczestnik OHP i nadzorujący pracę majster. Drugiego uczestnika OHP zabrano do szpitala z poważnymi obrażeniami płuc. Po kilkunastu godzinach zmarł. Nie miejsce tu na opisywanie całego dochodzenia prokuratorskiego, ale najbardziej przeżyłem spotkanie z rodzicami zabitych uczniów, których zmuszony byłem osobiście powiadomić o śmierci ich synów.

Do dziś uczulam wszystkich na konieczność przestrzegania przepisów BHP. Nie dopuszczamy wcześniej nikogo do pracy, jeśli nie jesteśmy pewni, że przepisy zrozumiał, i będzie się do nich stosował. Syndrom wypadku przy pracy ciągle mi towarzyszy, bo ryzyko jest nieodłącznym elementem procesu produkcji.

Młodzież jest z natury ciekawska i różnymi sposobami próbuje zaspokoić swoją ciekawość, stąd wymaga stałego nadzoru, kontroli i przypominania o zagrożeniach.

Koło historii ohapowskiej jakby się zamknęło. Tam, gdzie rozpocząłem pracę w OHP w 1973 roku, powróciłem we wrześniu 1988 r. Staraniem M. Ściślaka i moim powstał 26-11 OHP, który swoim zasięgiem objął młodzież z najbliższych okolic, wypełniając tym samym białą plamę na mapie placówek ohapowskich województwa opolskiego. Od roku 1981do 1988 pracowałem w hufcach w Nysie , Strzelcach Opolskich, Kędzierzynie - Koźlu i w Opolu. Były to częściowo lata stanu wojennego w Polsce.

Po powrocie do Brzegu w 1988 roku, dzięki dyrektorowi PBRol. – panu Adamowi Jabłońskiemu (dziś noszącemu zaszczytne miano „ojca chrzestnego" hufca) – stacjonarny OHP istnieje do dziś, jako jedyny stacjonarny na Opolszczyźnie i jeden z nielicznych w kraju działający przy przedsiębiorstwie.

Kontynuujemy wraz z Markiem tradycje wcześniejszych, stacjonarnych hufców pracy i wprowadzamy nowe metody pracy na miarę nowych czasów i wymagań. Ciągle jednak kierujemy się starą, lecz aktualną również dzisiaj dewizą „wychowania przez pracę", która daje solidne podstawy do budowania silnych osobowości młodych ludzi. Daje szansę ukończenia szkoły w OHP, przygotowania go do wejścia na rynek pracy. Ukształtowanemu charakterowi toruje drogę do budowy pomyślnej przyszłości w życiu dorosłym.

Sezonowe formy pracy to nowe jakościowo doświadczenie, możliwość sprawdzenia się na nowym polu pracy wychowawczej, a także odskocznia od zwykłej codzienności w stacjonarnych hufcach pracy.

W okresie wakacji kierowano mnie na zasadzie oddelegowania do pracy w wakacyjnych OHP. Pracę tę podejmowałem zawsze w ramach urlopu wypoczynkowego. Byłem zadowolony, że przełożeni doceniali moje zdolności organizacyjne i darzyli mnie zaufaniem. Praca w wakacyjnych hufcach pracy wymagała dużego zaangażowania, dobrej organizacji i zapomnienia o życiu osobistym.

Zgrupowania wakacyjnych OHP w latach osiemdziesiątych (1984-89) organizowane były na podstawie porozumienia rządowego pomiędzy Polską a NRD. Przygotowywano je w Polsce z wielką pieczołowitością. Międzywojewódzka wymiana młodzieży miała także charakter masowy. Można powiedzieć, że wszyscy jeździli na „ohapy". Dodajmy do tego działalność śródrocznych hufców pracy, które pracowały w ramach praktyk szkół zawodowych. Należała do nich młodzież szkół średnich i studenci.

Tak więc organizowałem i prowadziłem wakacyjne Zgrupowania OHP w Opolu, które miały swoją siedzibę w Bursie przy ul. Torowej przez 3 lata, a następnie w internacie Studium Medycznego przy ul. Katowickiej przez 2 lata, w akademiku WSP „Kmicic" jeden raz. Pracowałem również na zgrupowaniu w Kombinacie Ogrodniczym Grudynia Wielka. Bazami dla młodzieży były także : internat przy ul. Mondrzyka, Małopolskiej, budynek OPBP nr 2 w Opolu.

Uczestnikami Zgrupowań była młodzież z okręgu poczdamskiego (NRD) i z okolic Drezna, a także młodzi Bułgarzy z Warny i Rosjanie. Do pracy w NRD jeździłem z młodzieżą z Opola i z województwa opolskiego, choć czasem na miejscu dołączano grupy z innych województw. Młodzież z wielu krajów przyjeżdżała do malowniczo położonej miejscowości Zernzein k/Werder niedaleko Poczdamu.

Obóz położony był pięknie nad zalewem rzeki Haweli. Wyposażony w domki kempingowe ( bungalowy), boiska, świetlice i plażę z wypożyczalnią sprzętu pływającego.

Blisko stąd mieliśmy do Poczdamu, Brandenburga i Berlina. Wokół nas rozciągały się sady owocowe i uprawy warzyw. Ziemia należała do LPG Markuard, czyli tamtejszego PGR-u.

W obozie zwykle kwaterowało około 600 młodych ludzi różnych narodowości. Praca była ciężka i wymagała poświęceń, do których nie wszyscy młodzi nawykli. Wyjazd do sadu następował o godz. 5.30 i 6.00. Był problem ze wstawaniem do pracy. Budzenie młodzieży, by zdążyła na śniadanie, odbywało się już od godziny 4.30, bo od 5.00 śniadanie wydawano.

Jak tu wstać, jeśli wieczorem gry i zabawy, spacery i dyskoteki do północy i dłużej. Do tego trzeba pracować w pocie czoła, żeby zarobić na wyżywienie i zakup upominków. Wiadomo jednak, że młodzi szybko się regenerują. Choć zmęczenie dawało się we znaki, szczególnie kiedy zaświeciło mocniej słońce, to jednak normy dnia należało wykonać.

Nieobecność w pracy odpisywano z wypłaty i dodatkowo obciążano za nocleg i wyżywienie. Pracodawca był bezwzględny i z reguły nie przyjmował usprawiedliwień. Podobnie należało uważać, aby nie spóźnić się na autobus dowożący na pole. Pod tym względem panowała konsekwentna dyscyplina.

List do Przyjaciela cz. VI

Uwierzyć w siebie... w OHP

w bliskości atrakcyjnych miast. W Poczdamie atrakcją był deptak i robione tam zakupy, ponadto zespoły pałacowe Sanssouci OHP

Nie tylko pracą żyliśmy. Można było co nieco zwiedzić, korzystając z i Cecylienhof. Bliskość Berlina dawała możliwość częstych tam wyjazdów i zwiedzania centrum miasta. Duży dom towarowy na Alexanderplatz i wjazd na wieżę telewizyjną były żelaznymi punktami wycieczek. Dobry obiad, lody i zimne piwo w obrotowej restauracji były niewątpliwą atrakcją pobytu w Berlinie.

Nasz kraj przeżywał w tym czasie głęboki kryzys gospodarczy. Obowiązywała reglamentacja towarów, czyli system „kartkowy". Fakt ten wyzwalał wśród młodzieży i kadry opiekuńczej pragnienie zakupów wszystkiego, co można było nabyć za posiadane pieniądze. Nie raz towarzyszyły zakupom prześmieszne sytuacje, bowiem większość naszej młodzieży przy zakupach posługiwała się językiem „migowym".

Pewnego razu, jako członek delegacji KW OHP w Opolu, wyjechałem do NRD w celu podpisania umowy o zatrudnienie młodzieży w okresie wakacji. Dla relaksu zaproszono nas do „Wiatraka". Widok, który ujrzałem, wprowadził mnie w stan osłupienia. W niedużej sali stał duży drewniany stół otoczony ciężkimi krzesłami. Na stole leżały olbrzymie szynki i inne wędliny, w które powbijane po rękojeść tkwiły duże, rzeźnicze noże. Na drewnianej belce nad stołem wisiały pęta kiełbasy. Była to nasza kolacja.

Następnego dnia zawieziono nas do kręgielni, aby dokończyć proces trawienia. Trzeba przyznać, że w stosunku do oficjalnych delegacji z Polski strona niemiecka prześcigała się w gościnności. Wielokrotnie podejmowano komendantów grup polskich przed przyjazdem młodzieży, serwując im wiele atrakcji.

Wracając do organizacji zgrupowań w Polsce, najbardziej utkwiły mi w pamięci zgrupowania przy ul. Torowej w Bursie Międzyszkolnej. Zgrupowanie w 1984 r. przyjęło 450 osób, w tym 200 z NRD. Młodzież niemiecka zatrudniona była w Zieleni Miejskiej na terenach zielonych miasta, w szklarniach w Sławicach k/Opola, w OPB na budowach w dzielnicy Malinka.

Młodzież polska była zatrudniona w opolskich zakładach produkcyjnych m.in. w Zakładach Koncentratów Spożywczych „Ovita", Fabryce części samochodowych „Polmos", a także w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym i w Sekcji Drogowej PKP Opole.

W Sekcji Drogowej PKP pracowano przy oczyszczaniu rowów odwadniających wzdłuż nasypów trakcji kolejowej na odcinkach w kierunku Strzelec Opolskich i Kędzierzyna-Koźla. Prace wykonywano ręcznie głównie tam, gdzie nie mógł dojechać sprzęt ciężki.

Praca była wyczerpująca. Podstawa nasypu to kamień, na którym rosły krzewy. Należało wykarczować teren łopatą i wykonać rów o określonych wymiarach. Dzienna norma na jednego uczestnika wynosiła 2 m rowu i trzeba przyznać, że trudno było jej sprostać. Należy pamiętać, że były to miesiące wakacyjne i słońce prażyło niemiłosiernie.

Po rozstawieniu wszystkich wzdłuż toru, długość odcinka przeznaczonego wykarczowania wynosiła około 300 m. Praca odbywała się przy normalnym ruchu pociągów. Dlatego ważnym elementem było bezpieczeństwo młodzieży.

Początek i koniec odcinka zabezpieczali tzw. „sygnaliści", których zadaniem była obserwacja nadjeżdżających pociągów i dawanie sygnałów do przerwania pracy. Dojazd na stanowiska pracy odbywał się specjalnym pociągiem, składającym się z trzech wagonów typu „Teksas" i lokomotywy spalinowej lub parowej. Razem z nami jechały ubrania robocze, narzędzia, napoje chłodzące i kaski ochronne.

Nie wiem, skąd kolej „wydostała" te wagony, ale przyznać trzeba, że budziły one powszechny podziw i zainteresowanie podróżnych i pasażerów Opola Głównego.

Dwa razy w tygodniu odwiedzałem stanowiska pracy celem sprawdzenia warunków, w jakich młodzież pracuje i czy wszystko przebiega zgodnie z umową zawartą z zakładem pracy. Czasem młodzież sprawiała problemy swoim zachowaniem i stosunkiem do nałożonych nań obowiązków. Na stanowiska pracy dowożono mnie cudaczną drezyną, czyli samochodem osobowym marki Warszawa, który miał koła przystosowane do jazdy po torach.

Przedziwny był to pojazd, a sama jazda przypominała podróż wozem konnym. Trzęsło i rzucało, szczególnie na zwrotnicach i rozjazdach kolejowych. Prędkość tego pojazdu była jednak znaczna i momentami wynosiła nawet 100 km/godz. Jazda tym wehikułem rozśmieszała mnie nieco, szczególnie gdy przejeżdżaliśmy przez przejazd kolejowy, a za nim w kolejce posłusznie czekały na nasz przejazd potężne samochody ciężarowe. Czekały dotąd, aż nasz mały pojazd szynowy ostentacyjnie przejedzie.

Uczyłem się kolejowych nowinek i muszę przyznać, że są ciekawe i zaskakujące. Zwykły człowiek sobie nie zdaje sprawy z ich istnienia.

Nabrałem dużo doświadczenia i umiejętności, organizując podobne zgrupowania jeszcze dwukrotnie. Młodzież była dobrze przyjmowana przez zatrudniające ją zakłady pracy. W niektórych pracowano przez dwie zmiany. Ten element zatrudnienia był zgodny z podpisanymi umowami. Natomiast zabezpieczenie czasu wolnego dla tak licznej grupy młodzieży wymagało specjalnego działania kadry opiekuńczej.

W skład Komendy Zgrupowania wchodził Komendant, zastępca do spraw kulturalno-wychowawczych, zastępca do spraw produkcji, kwatermistrz, opiekunowie grup zagranicznych, instruktorzy sportu i k-o. Kadra pracowała według programu zabezpieczania czasu wolnego. Koszty, dość duże na jednego uczestnika, wystarczały na realizację bogatego programu. Odbywały się zawody sportowe w różnych dyscyplinach, wycieczki w góry do Krakowa i Oświęcimia, seanse filmowe w kinach, pływano statkiem po Odrze, tańczono na dyskotekach i bawiono się na różnych konkursach.

Dyskoteki odbywały się dwa razy w tygodniu. Niekiedy na sali bawiło się jednocześnie prawie 600 osób. Jako ciekawostkę mogę podać, że po dyskotece wynosiliśmy z palarni około 3-4 wiader niedopałków papierosów. Już wtedy młodzież paliła duże ilości papierosów. Młodzież niemiecka szczególnie lubowała się w tym nałogu. Ich przepisy zezwalały na palenie papierosów od 14 roku życia. Zakazy na nic się nie zdawały. Musieliśmy ustąpić.

Było jednak wesoło i młodzi wzajemnie się od siebie uczyli. Nawiązywano kontakty, przyjaźnie, rodziły się pierwsze, młodzieńcze miłości. Osobiście zaproszono mnie na dwa śluby. Skądinąd wiem, że było ich więcej. Trwałe związki dotyczyły zarówno młodzieży, jak i kadry przybyłej do Opola.

Współpracownikiem moim był wówczas obecny wiceprezydent Opola, wtedy z-ca ds. organizacji czasu wolnego, p. Roman Durecki. Był jednym z tych, którzy po zakończeniu wakacyjnego zgrupowania powiedział sakramentalne „Tak" naszej koleżance, komendantce hufca z woj. kieleckiego. Atmosferę tamtych lat wspominać możemy oglądając fotografie czy czytając wpisy w starych kronikach.

Wszystkie obozy pracy – zgrupowania OHP, czy to na terenie Opola czy w NRD miały swoją specyfikę, niosły ze sobą coś szczególnego i niezapomnianego. Były także trudne chwile, ale te nie pozostają głęboko w pamięci.

Lata 1981 –1988 to praca w OHP poza Brzegiem. Okres stanu wojennego to uciążliwe dojazdy do pracy w Nysie, następnie w Strzelcach Opolskich (hufiec dla dorosłych przy FMR „Agromet" z zaliczeniem służby wojskowej w ramach OC).

Wcześniej, przez okres 3 miesięcy, w Kędzierzynie-Koźlu w Oddziale Obrony Cywilnej pracowałem w Opolu w 26-4 OHP stacjonarnym, pracującym na rzecz Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego. Od 1988 roku ponownie kierowałem hufcem w Brzegu, ponownie pracującym na rzecz PBRol-u Brzeg.

Sprawdziły się moje oczekiwania. Dobrze czułem się wśród młodzieży i w licznym gronie współpracowników. Wyżywałem się w organizacji różnorodnych imprez; wspominam tu autokarową wycieczkę do Wambierzyc i Karłowa z wejściem na Szczeliniec Wielki.

Zrealizowałem wiele różnych pomysłów, w których sprawdziłem swoje możliwości – organizatora, wychowawcy, przywódcy, przełożonego i kolegi. Czułem, że jestem w swoim żywiole. Umożliwił mi to ówczesny z-ca komendanta woj. ds. sezonowych form pracy, Krzysztof Trzeciakiewicz. On uwierzył we mnie i zainspirował do pracy w sezonowych hufcach pracy. Doświadczenia z tamtych lat owocowały w kolejnych latach pracy z młodzieżą.

Niezmiernie trudno mi było zdecydować się na napisanie tych wspomnień. Pokonałem jednak w sobie wyraźną niechęć do przelania na papier wydarzeń minionych lat i wybrałem formę „Listu do Przyjaciela". Nie zdawałem sobie sprawy, że analizując swoją przeszłość można tak głęboko przeżyć jeszcze raz własne życie.

Niektóre wydarzenia z minionych 25 lat pracy z młodzieżą to bezcenny kapitał, który procentuje w chwili obecnej. Uświadamiam sobie, że powinienem mieć satysfakcję z minionych dokonań. Uodporniłem się na stresy i załamania, także porażki, których w naszej pracy nie brakuje.

Do wszystkiego podchodzę z permanentnym optymizmem, mając silną wiarę w sens moich działań. Wynika to z wiedzy, że młodzież mnie potrzebuje i może na mnie liczyć. Największą satysfakcję odczuwałem w momencie wręczania świadectw ukończenia szkoły, zdobycia zawodu uśmiechniętym młodym ludziom – moim wychowankom.

Choć nie zawsze były kwiaty czy słowa podziękowania, to widok spontanicznej radości młodzieży opuszczającej szeregi OHP po zakończeniu nauki utwierdzał mnie w przekonaniu, że to co robię jest niezmiernie ważne. Na pożegnalnych apelach często widziałem ukryte łzy, słowa się łamały, bo w gardle zatykało.

Było to pożegnanie z ludźmi zaprzyjaźnionymi, bliskimi, choć przecież obcymi. Zżywałem się z nimi przez ten okres nauki w OHP, będąc w kontakcie z młodzieżą przez większą część doby i odejście ich z hufca nigdy nie było mi obojętne.

Dlatego muszę raz jeszcze mocno podkreślić – Ochotnicze Hufce Pracy były i są moim życiem, któremu podporządkowałem swoje życie osobiste. W tym „ohapowskim" nastroju żyła cała moja rodzina, a rytm życia wyznaczały sprawy związane z OHP.

To jest jak narkotyk – ale nie odczuwam negatywnego sensu uzależnienia od pracy w OHP. Była to realizacja siebie i sposób na życie, który świadomie wybrałem. Jakie konsekwencje z tego tytułu poniosę - tego nie wiem. Nieustanne napięcie nerwowe i przeżycia wyczerpały mój organizm. Nie żałuję jednak wyboru i myślę, że gdybym miał wybierać raz jeszcze, to poszedłbym tą samą drogą, na końcu której zawsze oczekuje młody człowiek potrzebujący pomocy.

Marian Nowakowski

Brzeg – luty – 1995 rok.

Aktualnie na stronie

Odwiedza nas 72 gości oraz 0 użytkowników.

Odwiedziło nas

© 2009-2018 by GPIUTMD

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com